Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impulse.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impulse.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2018

I'm through accepting limits, cuz someone says they're so

MARLOWE LOWELL-EVANS 

Dziewiętnastolatka || Córka Apollina - boga sztuki, światła, łucznictwa i medycyny (oraz poezji, którą on sam pisze na bardzo wysokim poziomie) || mieszkanka domku numer 7 || całoroczna || w obozie już sześć lat || aspirująca pani medyk z zamiłowania || uwielbia swoją ciotkę Artemidę, chociaż nigdy jej nie spotkała oraz Hermesa, ale z nim akurat udało jej się parę razy zobaczyć, świetny gość || właścicielka Żądła (Sting) || kompletne beztalencie jeśli chodzi o granie na instrumentach || ale utalentowana manualnie || charakter || historia || powiązania 


Zapraszam do wątków z moją małą dziewczynką.  Zwykle nie gryzie, jedynie prycha albo rzuca złośliwościami. Ale w gruncie rzeczy to naprawdę sympatyczna babka, trzeba ją tylko poznać! Cytaty (w tytułach osobnych części karty postaci, jak i samej karty) pochodzą z utworu należącego do musicalu 'Wicked' a dokładniej 'Defying Gravity'.
Wizerunku użyczyła fantastyczna Grace Victoria Cox.

poniedziałek, 18 września 2000

I'm through with playing by the rules of someone else's game


H
I
S
T
O
R
I
A




a dokładniej strzępki wyrwane z księgi jej przeszłości
'Wzięła głęboki oddech, wypuszczając powietrze powoli. Tak, aby strumień trwał jak najdłużej, a obłoczki powstałe w chłodnym powietrzu wypełniły puste milczenie wiszące pomiędzy nią, a jasnowłosym chłopcem. 'Muszę wyjechać.', mruknęła cicho i niewyraźnie, trochę jakby nie chciała wypowiedzieć tych słów, a niesforne wyrazy wymsknęły się spomiędzy jej sinych od zimna warg. 'W sprawach rodzinnych, wiesz. Mój tatko jest bogiem sztuki. Nic specjalnego w tych czasach.'

'Zabawne. Doprawdy, cholernie zabawne' mruczy do siebie drobna dziewczyna, rozrzucając po pokoju kolejne ubrania. Na zagraconej cedrowej podłodze ląduje kolejna koszulka, tym razem fioletowa. Zaraz w jej ślady idzie, a może raczej leci następna, biała. Jeszcze chwilę później z głuchym łoskotem uderza o dywan ukulele pokryte dziesiątkami rysunków słoneczników oraz szkicownik w czerwonej oprawie. A raczej to, co z niego zostało - powyrywane kartki poprzecinane na pół lub więcej części, pogryzmolone ilustracje i na końcu sama okładka wyglądająca, jakby w przeszłości została ofiarą nadmiernie ruchliwego buldoga. W końcu dwunastolatka podnosi się z ziemi, otrzepując pokryte drobnymi papierkami spodnie i wciąga przez głowę musztardowy sweter, a włosy odgarnia grubą, czarną opaską. 'Twój ojciec jest bogiem. Nie Bogiem, głupi dzieciaku, tylko bogiem. Jednym z wielu. Dałam ci kiedyś książkę z tymi starymi, greckimi mitami, miałaś ją przeczytać.' powtarza słowa poddenerwowanej matki, która jeszcze kilka minut temu skrzeczała jak wrona nad uchem blondynki. Moduluje głos, by bardziej przypominać ton kobiety, ale jej przyjemna barwa zupełnie nie pokrywa się z ptasim sposobem mówienia rodzicielki. Drobnymi dłońmi o długich palcach upycha w niewielkiej, zdecydowanie zbyt małej torbie swoje najwygodniejsze, ale nadal wyglądające porządnie ubrania, wciskając tam też szampon oraz szczoteczkę do zębów, która od pewnego czasu aż krzyczy o wymianę. Po chwili namysłu dziewczyna wyrzuca ją po prostu przez okno.
'Bóg sztuki, też mi coś' syczy do swojego odbicia w zszarzałej tafli lustra, przejeżdżając wzrokiem po własnej, szczupłej sylwetce, 'Gdyby to była prawda, zamiast C z plastyki, miałabym łatwiutkie A'. Przeczesuje jeszcze kilkakrotnie swoje pukle, by nadać im objętości. Chwilę później już jej nie ma. Boston jest coraz bardziej odległy, za to z każdą chwilą młodej Evans bliżej jest do Nowego Jorku. Szyny trzeszczą niepokojąco pod pędzącym pociągiem, a wagony drżą okropnie, ale poza tym podróż jest naprawdę spokojna. Zaskakująco.

Kiedy pierwszy raz przekroczyła bramę Obozu Herosów jej twarz nie wyrażała niczego poza zniechęceniem. Czystym, pozbawionym nawet krztyny zaciekawienia wzrokiem przeskakiwała od jednego budynku do drugiego, nie poświęcając satyrom czy półbogom większego zainteresowania. 
‘Macie chociaż czarodzieja? Takiego, który potrafi coś oprócz robienia fajerwerków. Elfi byłby idealny, ale ludzki też da radę’ - tak brzmiały jej pierwsze słowa, które skierowała ku Chejronowi. Koński tułów nie zrobił na niej wrażenia. Widziała zbyt dużo rzeczy w szkole, większość była dużo dziwniejsza niż starożytny centaur. Poza tym sama wizja siedzenia w miejscu, które zrzeszało wszystkie ‘inne’ dzieciaki napawała ją pewnego rodzaju obawą. To jak szkoła dla ludzi specjalnej troski lub trudnych nastolatków, tyle że na powietrzu. A z takimi szkołami zaledwie trzynastoletnia Margo miała już wielokrotną styczność. Jej matka uważała bowiem, że oddanie córki pod opiekę wykwalifikowanych opiekunów - czyt. porzucenie jej - będzie lepszym wyjściem niż zajęcie się dorastającą i zaczynającą odczuwać następstwa swojego boskiego pochodzenia dziewczyną.
Później, podczas swojej wycieczki zapoznawczej stwierdziła, że ‘rekrutowanie nowych półbogów było dużo łatwiejsze i szybsze, gdyby wysyłano do dzieciaków sowy z listami’. 

I hope you're proud how you would grovel in submission to feed your own ambition

C
H
A
R
A
K
T
E
R

Pierwsze słowo jakie przychodzi na myśl obozowiczom lub nauczycielom, gdy zapyta się ich o Marlow będzie zapewne brzmiało charakterna. Ani w złym, ani w dobrym tego słowa znaczeniu. Córka Apollina jest bowiem dosyć zadziorna - trochę jak dzieciak Aresa - i przemądrzała - zupełnie jak potomkowie Ateny. Ogromną przyjemność sprawia jej poprawianie błędów innych, czy to błahych, czy sporych. Dla niej to żadna różnica. Wielu mogłoby stwierdzić, że to przez kompleks wyższości, ale to nie jest prawda. Przez całe swoje dzieciństwo Marlow była poddawana ogromnej ilości krytyki ze strony swojej matki, która nawet nie chciała słyszeć słowa sprzeciwu albo zdania córki na dany temat. Nie i już, koniec. Nic dziwnego, że kiedy trzynastoletnia półbogini dotarła do obozu - gdzie mogła w końcu rozłożyć skrzydła - zrobiła wszystko, by nie pozwolić znowu sobą pomiatać. Może wydawać się przez to niesympatyczna, ale to również nieprawda. A przynajmniej częściowo. Dla osób, które zajdą jej za skórę potrafi być naprawdę okropna, ale jeśli nie ma żadnych konkretnych powodów, by kogoś znielubić jest przeważnie całkiem życzliwa i pomocna. Jako iż ma już sześcioletni obozowy staż stara się wyciągać pomocną dłoń ku 'nowym nabytkom'. Nie należy jej jednak brać za wzór cnót i dobry przykład - po ojcu odziedziczyła, właściwą również dzieciakom od Hermesa, chęć do psot. To pewnie dlatego tak lubi spędzać z nimi czas, kiedy akurat nie ma zmiany w infirmerii. Pogodna i wesoła, skora do żartów i zabaw - szczególną miłością darzy obozowe ogniska oraz zawody sprawnościowe - rywalizacja domków. 
Na złośliwość odpowie złośliwością, to chyba logiczne. I ile przekomarzanka ma jedynie charakter humorystyczny, Marlow nie posunie się dalej. Słownie zaatakuje dopiero jako druga, trzeba ją do tego sprowokować. Jest również często porywcza, artyści tak mają. Mimo dosyć wysokiego ilorazowi inteligencji zazwyczaj działa impulsywnie, na przykład mówiąc co jej ślina na język przyniesie. Nie zastanawia się nad konsekwencjami swojej wypowiedzi, co często wywołuje nieprzyjemne dla obu stron sytuacje. Sama Marlow nie robi tego specjalnie, co widać dosłownie sekundę później na jej skruszonej twarzy. Ale ma też dosyć spory problem z przeprosinami, zwyczajnie nie potrafi przyznać się do błędu. Nie, stop. Jednak potrafi. Lecz  nienawidzi, po prostu nie znosi tego robić.
Nie jest również zbyt pewna siebie, chociaż można to wywnioskować z zaciętego wyrazu twarzy i dumnie uniesionego podbródka. W gronie osób, za którymi przepada można by ją wziąć za taką osobę, która pierwsza się postawi albo nie zgodzi. Błąd. Zazwyczaj ma problem z przełamaniem własnych lęków - na przykład jazdą na pegazie. Dotąd nie wsiadła na jakiegokolwiek z wierzchowców i nie zamierza tego robić, przynajmniej w najbliższej przyszłości i nie z własnej woli - oraz wypowiedzeniem własnego zdania przed dużą grupą ludzi. Obawia się oceny z ich strony. Aczkolwiek nie należy również do grona osób tchórzliwych - do tych chwalących się brawurą również nie. Lubi mówić, że stoi na zdrowej granicy nazywanej rozsądkiem.